WYPRAWA NAD BLIZNĘ

 

Jest początek grudnia, a my, tzn. Szkolny Klub Turystyczny „Włóczykij”, wyruszamy na kolejną wędrówkę. Grupa jest niewielka, a w jej składzie „nowi” piechurzy. Doskonale wiem, że od tego jak spodoba się im pierwsza wyprawa zależy czy „połkną haczyk” czy nie. Jak zwykle zamierzamy penetrować okolice najbliższe, co nie oznacza że dla wszystkich znane. Zresztą, gdyby nawet tak było, to zawsze można dokonać kolejnego odkrycia np. przyrodniczego, historycznego, krajobrazowego, kulinarnego czy towarzyskiego. Z takim nastawieniem wyruszamy nad Bliznę.

 

WYPRAWA NAD BLIZNĘ

 

Sztabińskie krzyże i tajemnice smolarzy

Spotykamy się w centrum Augustowa, na dworcu PKS – u. Ku naszemu zdumieniu na przystanek podjeżdża estetyczny bus, do którego mieści się 19 pasażerów. Szybko dojeżdżamy do Szczebry, o której z jaćwieska mówiono Stebra (steb – kamień) Zabieramy jeszcze trzy osoby i wyruszamy w drogę. Zaczynamy od tutejszego cmentarza. Odnajdujemy dziewiętnastowieczne krzyże i nagrobki wykonane w hucie sztabińskiej. Dzieci bez kłopotu rozpoznają, a potem fotografują dzieła hutników z Rzeczpospolitej Sztabińskiej. Z cmentarza wychodzimy na drogę przez wieś. Zatrzymujemy się za zabudowaniami Szczebry obok pola pod lasem, zwanego uroczyskiem Piecek. Jest to miejsce po działającej jeszcze w XVII wieku smolarni, w której z kory sosnowej metodą suchej destylacji wytapiano smołę, a z kory brzozowej dziegieć. Przypominamy w tym miejscu przysłowia o dziegciu i miodzie. Ta ciemnobrunatna gęsta ciecz była stosowana jako środek antyseptyczny i grzybobójczy w leczeniu schorzeń skórnych. Smolarze kojarzeni byli z siłami nieczystymi, gdyż swoją pracę wykonywali bez świadków i kryli tajemnicę technologii otrzymywania produktów z drewna. Oczami wyobraźni widzimy nastawianie naczyń, wypalanie drewna, skapywanie ciemnych, gęstych kropli kolorystykę sytuacji i miejsca, okopcone twarze ludzi czujemy dym, zapach smoły i dziegciu.

 

Blizna i zachwycające żeremia

Dochodzimy do wsi Blizna, którą w 1827 roku zasiedlili staroobrzędowcy, a w 1897 przecięła tzw. zaniemeńska linia kolejowa. Dzisiaj społeczność starego obrządku prawosławnego liczy zaledwie kilka rodzin, a żelazną drogą dojechać można tylko na Syberię Północy, do Suwałk. Naszym celem jest spotkanie z rzeką Blizną. Skręcamy, więc w polną, zimo – zieloną drogę i stajemy nad jej wodami wpadającymi pod most kolejowy. Pierwsze spotkanie z rzeką psuje nam widok pozostawionego śmietniska. Do fotografii wybieramy miejsce tuż nad wysokim jej brzegiem porośniętym krzewami dzikiej róży. Wzdłuż rzeki od 8 października 1939 roku do 22 czerwca 1941 roku przebiegała granica pomiędzy ZSSR a Niemcami, utrzymywana potem jako granica Rzeszy z terenami okupowanymi. Zachowały się stare zdjęcia pochodzące z cyklu „Żołnierze Fürera w polu”, których autorem jest Hugo Jäger, fotograf naczelnego dowództwa Wermahtu, przedstawiające linię demarkacyjną. Tak więc wody Blizny, która łączy się ze Szczeberką i razem wpadają do Rospudy, niosą smutek tamtych czasów. Jej nazwa łączy się podobno z nazwą jeziora Blizno, z którego wypływa, ale dalej pozostaje ona zagadką dla etymologów. Przedostajemy się przez rzekę. Jak? To pozostanie naszą słodką tajemnicą. I już jesteśmy przy starym przystanku kolejowym z napisem „Blizna” o charakterystycznej, dla czasów carskich końca XIX wieku, architekturze. Idziemy dalej, w stronę cmentarza Staroobrzędowców. Dzieci już z daleka widzą ośmiokończaste krzyże i ....wielkie żeremie bobrów zbudowane na rowie melioracyjnych. Zwiedzamy cmentarz. Słuchamy pogadanki Wojciecha Batury. Dla niektórych ważny jest każdy jej szczegół, a inni z położonego na wzgórzu cmentarza już wypatrują bobrów. W drodze powrotnej znajdujemy ich tropy. Rozpoznajemy ogon i łapki. To znaczy, że przechodziły z jednej strony rowu na drugą. Dalej, w polu ogrodzonym drutem pod napięciem – cud natury. Ogromne żeremie, a wokół las kikutów młodych brzóz. Przyznam, że nigdy wcześniej nie widziałam takiego bobrowiska.

 

Piece z obozowej elektrowni i zagroda dzików

Idziemy dalej wzdłuż torów. Rozległe łąki w zasięgu wzroku kuszą, by wrócić do nich wiosną i oddać się smakowaniu kolorów i zapachów. Choć i teraz nie odczuwa się, że to zima. Wokół jest zielono, a w pobliskim lesie znajdujemy...grzyby i kwitnące wierzby. Dalej, pod borem, dziwna budowla. Szybko pokonujemy równinę ugoru, na którym jest mnóstwo tropów zwierząt i już dotykamy stare, czerwone cegły. Według Wojciecha Batury są to ruiny pieców elektrowni obozowej z czasów I wojny światowej. W obozie przebywało wielu Francuzów i POW – iaków. Jeńcy ci pracowali w obozowym tartaku. Dzieci oglądają budowlę z każdej strony, dopytują o szczegóły, fotografują. Wypijamy gorącą herbatę i wyruszamy dalej. Kiedy dochodzimy do wsi Strękowizna, wywodzącej się od istniejącej od 1668 roku rudni rodziny Strękowskich, prowadzenie grupy oddajemy Kubie Giedo. Zaproponował nam, że zaprowadzi do zagrody dzików, którą założył jego ojciec, leśnik. Zgadzamy się od razu, gdyż wygląda na to, że nie nadłożymy drogi. Ale prawda jest inna. Idziemy, idziemy, a zagrody jak nie ma tak nie ma. Najbardziej zniecierpliwieni są dorośli. Jak dzieci zadają „dziwne” pytania: a daleko jeszcze? Kuba dzielnie znosi nasze kaprysy i prowadzi. Zatrzymujemy się w Strękowiźnie na mostku nad rzeką Blizną i rozmawiamy o rudni, która podobno tutaj stała. Strękowiznę podobnie jak Szczerbę, na niemal trzy lata, podzieliła linia demarkacyjna. Stąd tuż, tuż do zagrody dzików. Trud wędrówki się opłacił. Dziki przyszły i dały się sfotografować, a Kuba przyjął należne honory.

 

Stary drogowskaz i Dłużanaka

Wychodzimy na drogę przy leśniczówce w Strękowiźnie wprost na stary, betonowy drogowskaz z 1935 roku. Choć już chyli się do ziemi jeszcze przykuwa uwagę wędrowców. Staje się obiektem naszych zainteresowań fotograficznych. Bo kto wie, czy ten strażnik czasów nie przygarbi się jeszcze bardziej i nie porośnie trawą nim przywędrujemy tutaj następnym razem? Idziemy przez puszczę delikatnie oświetloną przez wychodzące słońce. Po lewej, za drzewami połyskuje i łuszczą się fale jeziora Długiego. Trochę się „rozciągnęliśmy” pochłonięci rozmowami. Idziemy nad Dłużankę, która odprowadza wodę z jeziora Długiego. Tutaj zaczyna się rezerwat” Jezioro Kalejty – Długie”. Jezioro o wydłużonym kształcie ma powierzchnię 163 ha, długość – 4 km, szerokość do 700 m, a głębokość osiąga 12 m. Na mostku nad piękną Dłużanką robimy zdjęcia, bo wkrótce tutejszy krajobraz z pewnością będzie odmienny. Przed nami ogromny plac budowy i tabliczka z napisem „Teren prywatny”. Póki co łamiemy ów zakaz i przez pola staramy się wyjść na wiejską drogę prowadzącą do Blizny i Szczebry. Na pobliskiej górze głazów robimy krótki odpoczynek, dziwmy się, że w grudniu kwitnie mokrzyca, brodownik i inne mniej znane roślinki i szukamy najlepszego wyjścia na drogę. Niestety zmuszeni jesteśmy pokonać jeden płot. Sza!

 

„Tirowisko” i Kościelne Wzgórze

Wychodzimy na drogę do wsi Blizna. Przechodzimy przez tory, dalej po raz drugi obok uroczyska Piecek w Szczebrze, wsi której początkiem była najstarsza w Puszczy Perstuńskiej rudnia prowadzona przez mazowiecki ród Milewskich. Pierwsza o niej wzmianka pochodzi z 1639 roku. Tutaj powstała również karczma, za czasów Jana III Sobieskiego mały folwarczek, a za czasów Antoniego Tyzenhausa droga z Grodna do Raczek omijająca Augustów kiedy postanowiono utworzyć w 1783 roku ze Szczebry konkurencyjne miasto. Dochodzimy do drogi prowadzącej z Augustowa do Suwałk. Teraz musimy przedostać się na jej drugą stronę, co nie jest ani łatwe ani bezpieczne. Jadące jeden za drugim tiry i zakręt utrudniają przeprawę. Nazywamy to miejsce „tirowiskiem”. Mamy klucz do drewnianej kapliczki wystawionej przez leśników na miejscu drewnianego kościółka z końca XVIII wieku ufundowanego przez wpływową rodzinę Kujawskich. Wprowadza nas tam Adaś Niedźwiecki, mieszkaniec Szczebry i nowicjusz w naszym klubie. Na zapleczu kaplicy oglądamy krzyż z 1863 roku wystawiony przez Jerzego Glezera (Irena i Wojciech Baturowie odnaleźli informację w archiwach, że ojciec jego był podleśnym szczeberskim) i udajemy się do restauracji ABRO na posiłek i podsumowanie.

 

Dla ciała i dla ducha

Wyprawę wieńczą wiersze napisane przez Adama Niedźwieckiego na cześć „Włóczykija” odczytane przy wspólnym stole oraz zmierzch, który w grudniu przychodzi w porze obiadu.

 

Tekst i zdjęcia: Janina Osewska

 
wstecz   dalej »